Strona MaGazynieRa ... i jego rodziny
  • Strona główna

Sponsor

Nawigacja

 
MGR, sob., 2007/12/08 - 17:19

Nie dane nam było wyjechać na wakacje w poprzednim roku. Padła więc
decyzja o tym, że w tym roku gdzieś musimy pojechać. Uwzględniając
aspekty ekonomiczne wybraliśmy Chorwację i to na koniec sezonu –
przełom sierpnia i września. Problemem okazał się wybór regionu –
Dalmacja daleko, Istra kamienista. Okazało się jednak, że relatywnie
blisko jest wyspa Rab – która słynie z piaszczystych plaż. Decyzja –
jedziemy tam. No ale co dalej ?! Gdzie, jak i w ogóle .... o co chodzi
?! ;)

Przeszukiwanie Internetu przynosi szybki rezultat – polskie forum o Chorwacji (http://www.cro.pl/forum/).
Parę tygodni obserwacji i postanawiamy, że jedziemy w ciemno (co okazało się krokiem tylko na wpół dobrym – o czym później).

 

Dzień pierwszy: PL – DE – AT (28.08.2006)

Zbliża
się dzień wyjazdu – pakujemy się. Umówieni jesteśmy na węźle Komorniki
(jedziemy przez Niemcy w 2 furki). Rano wcześnie pobudka, śniadanie,
pakowanie rzeczy do samochodu. Z prognozy pogody wiemy, że nie będzie
„słodko” – w Niemczech i Austrii ma być deszcz.
O 8:30 zjeżdżamy na
autostradę (najpierw oczywiście tankowanie). Te kilkadziesiąt km idzie
szybko. Ciągnę rodziców, testując ile pojadą ;).
Zjazd
z autostrady i walka z tirami – jednak nie jest tak źle. Przejazd przez
granicę bez żadnych problemów. Czas na niemieckie autostrady –
wcześniej ustaliliśmy, że nie będę jechał więcej niż 130-140 km/h.
Pogoda na razie dobra – słońce za chmurami. Nie udaje nam się jednak za
bardzo rozpędzić – na berlińskim ringu stau. Stoimy, ciut podjeżdżamy,
stoimy i tak w kółko. Jesteśmy „w plecy” jakieś pół godziny a do
przejechania 1100 km. Obawiamy się jak chłopaki zniosą taką podróż, ale
twardym trzeba być. Co dwie godziny robimy postój.
Im dalej na południe tym pogoda się pogarsza.
Gdzieś między Berlinem a Monachium (niezła dokładność co ? – w końcu jedziemy z nawigacją ;))
kolejny stau. Tym razem wypadek – jakieś 7 samochodów „odrobinę się
poodzierało” – jednak z czego widać nie było tragicznie – raczej nikt
nie zginął, ale tracimy kolejne pół godziny (jak nie więcej).
Już
przed Monachium zaczyna padać na dobre. Fatalnie się jedzie. Niestety,
okazuje się, że z nawi trzeba umieć się obchodzić – nasza często gubi
satelity (a kto by brał papierowe mapy ;)).
Na szczęście kierunek jest prosty i spokojnie jedziemy. Średnia
prędkość nie jest oszałamiająca. Wjeżdżamy do Austrii. Zaczynają się
tunele – ciekawe przeżycie (czasem dość drogie). Zaczyna się już robić
ciemno i ciągle pada.
Dojeżdżamy – jest już godzina 21. Szukamy
naszego hotelu, co wcale nie jest proste – w końcu znajduje się na
głównej ulicy miasteczka. Jednakże ta ulica ma odnogi o takiej samej
nazwie – dziwne nieprawdaż ?
W końcu jesteśmy na miejscu. Wypakowujemy co trzeba i do łóżka.
P.S. Zdjęć brak
Dzień drugi: AT – SLO – HR
Ranek cudowny – po wczorajszych ulewach, dziś słońce.

Ja idę na małe zakupy do pobliskiego sklepu. Szybkie śniadanie i w drogę.
Decydujemy
się pojechać ciut inną drogą na autostradę – to był dobry wybór mimo
wydłużenia czasu dojazdu. Droga prowadzi przez górskie Alpy. Czasem
trzeba korzystać z 1-go biegu (ciekawe jak tu jeżdżą zimą, przecież nie
każdy tutaj ma napęd 4x4 ?!).

Zdjęcia niestety nie wychodzą, za wąskie drogi a i światło na przednią szybę.
Wypadamy na autostradę. Pogoda się ciut pogarsza, ale ciągle nie jest źle.
Widok Alp jest powalający.

Po przejechaniu jakiegoś większego tunelu – deszczowe chmury zostają za nami.

Karawankentunel
i potem Słowenia – tu tankuję, jest też chwila na wybieganie chłopaków
na placu zabaw oraz mały posiłek. Jedziemy dalej, szkoda czasu. W
Postojnej skręcamy na Cro. Tu wąsko, ale mimo wszystko drogi o wiele
lepsze niż u nas (niestety). W miarę szybko dojeżdżamy do Rijeki – tu
pomocna okazuje się nawi – są tam prowadzone kosmiczne prace drogowe.

Wypadamy na trasę wzdłuż wybrzeża – ruch nie jest duży, ale szybko nie da się jechać, wąsko i duuuuuuuuuuużo zakrętów.
Dojeżdżamy do przeprawy na Rab – miasteczko Jablanac. Zdążyliśmy na prom o 17:35.

Żona
decyduje, że jedziemy do Loparu – ponoć plaże są tam najlepsze. Mamy
parę adresów – zobaczymy co znajdziemy. Na miejscu okazuje się, że jest
źle. Ze względu na to, że mamy nietypowe wymagania – apartament 6
osobowy lub 2 i 4 to ciężko coś znaleźć – dostępne są 2ki i 4ki, ale
razem nic („owszem, jest taka możliwość, ale jutro lub pojutrze”).
Jesteśmy coraz bardziej zmęczeni (zwłaszcza chłopacy). W końcu
znajdujemy informację turystyczną – tu dość szybko decydujemy się na
lokum. Gospodarz dobrze mówi po angielsku, wydaje się być wszystko w
miarę OK, ale ... naprzeciwko jest restauracja, czuć zapachy, słychać
odgłosy, pokoje ciemne, łóżka takie sobie. Śpimy.
Wakacje
Rano jemy śniadanie,
robimy mały spacer i zostawiamy chłopaków dziadkom i jedziemy w
poszukiwaniu czegoś lepszego. Po drodze jest Supetarska Draga (czy ktoś
wie co to oznacza ?). Jedziemy sobie i patrzymy co tam jest. Dojeżdżamy
na sam koniec i postanawiamy się przejść. Trafiamy do informacji
turystycznej (ciekawe kto wymyślił żeby ją umiejscowić w takim miejscu
– tam już kruki zawracają ;)). Miła pani mówi, że ma dla nas idealne
miejsce (wróżka jakaś czy co ?!), ale ... się nie myli. Cena minimalnie
niższa jak w Loparze, do tego ogród, taras, dom na uboczu ... jedziemy
zobaczyć. (Kobieta ostrzega nas, że gospodarze nie porozumiewają się
angielsku).
Na miejscu okazuje się, że „to jest to co tygrysy lubią najbardziej”. Okolica spokojna, dużo miejsca ... cud, miód i orzeszki.
Dogadujemy się z gospodarzami mieszanką PL-HR.
Wracamy
do Loparu, pakujemy się (rodzice nie są przekonani co do zmiany).
Informujemy gospodarza o decyzji (szczęśliwy nie jest – zresztą ja mu
się nie dziwię, też bym nie był, ale to nasze wakacje i chcemy je
spędzić jak najlepiej) – płacimy za noc (+30% za to, że mniej niż 3
dni) i przenosimy się. Pogoda robi się coraz lepsza.

Szukamy plaż, jedna mała w Supetarskiej Dradze, ale dostęp tylko z psem przewodnikiem – trafić ciężko, ale za to mało ludzi.

Po powrocie odpoczynek na dworze, mniej lub bardziej aktywny.

Byliśmy tez na plaży w Loparze, ale tam zbyt dużo ludzi.
A u gospodarzy mamy dostęp do winogron, passiflory, a krzaki to tzw. liść laurowy.

Najlepszą
plażą ogłoszona zostaje plaża w Kamporze: duża, mało ludzi, dużo
piasku, płytka tak daleko, że nogi bolały zanim dało się dojść do
miejsca, gdzie dało się popływać – dla dzieci idealna (zresztą dla
dorosłych też – brak jeżowców).

    


Wyposażeni
w maski, rurki oraz płetwy penetrujemy dno (plaża jest w zatoce, więc
boki są z kamieniami i tam najwięcej życia). Co spotkaliśmy –
tradycyjnie jeżowce, coś na kształt rurkopławów, oraz cos co
przypominało ślimaka czy też ogórek. (zdjęć podwodnych brak – brak
odpowiedniego sprzętu fotograficznego).
Zwiedzamy też (odrobinę) Rab – raz wieczorem, raz w dzień.

Jedziemy
też do poleconej przez gospodarzy restauracji. Miejsce super położone.
A umiejętność "rozebrania" ryby przez kelnerów na talerzu godna uwagi.

Lepiej jednak żebyście nie wiedzieli ile zapłaciliśmy za obiad dla 2 dorosłych i 2 dzieci.
Moi rodzice coraz lepiej dogadują się z gospodarzami: o roślinach, kraju i klimacie.

Tak mijają nam kolejne dni. Powoli zbliża się czas kiedy trzeba jechać w kierunku domu.
Powrót: HR-SLO-AT-DE (08.09.2006)
W
informacji dowiadujemy się, że prom jest o 7:45 a następny o 8:45 (ale
jak jest dużo samochodów to płynie nawet co 20 minut). Decydujemy się
jechać tym przed 8mą. Rano pobudka, śniadanie, pakowanie. Jeszcze
dostajemy od gospodarzy kawę (zresztą tak samo nas powitali) i
wyjeżdżamy – mało czasu. Czy zdążymy ? „Duszę” furkę odrobinę. Jesteśmy
o 7:40, samochody już są „pakowane” na prom. Oczywiście dla nas nie
starcza miejsca (tak jak i 6 innym przed nami), jednakże szybko
dojeżdżają następni chętni. Obsługa przygotowuje następny prom i o 8:20
płyniemy już na stały ląd.
Do pokonania mamy niecałe 900 km.
Niestety przed nami na promie jest turystyczny autobus i przez wiele
kilometrów nie ma szans go wyprzedzić. Kierujemy się dokładnie taką
samą drogą jak przyjechaliśmy – dopiero w Munich zmienimy trasę.
Ogólnie ruch nie jest duży. Przejazdy przez poszczególne granice bez żadnych problemów i bez kolejek.
Tankuję w Słowenii. Przez Austrię jedziemy prawie jednym ciągiem.

Ruch
zaczyna się w Niemczech. A tu dużo robót drogowych. Na ringu
monachijskim trafiamy na mega stau. Wykorzystuję nawi i uciekamy w bok.
Dużo objeżdżamy, co gorsza wracając na autostradę trafiamy na ten sam
stau ;), na szczęście na sam jego początek – tak więc po paru minutach już jedziemy pełną parą.
Niestety
jest już coraz później. Dopiero po ciemku dojeżdżamy na miejsce –
Ehingen (Donau) gdzie spędziłem sumarycznie wiele miesięcy parę lat
wcześniej i lądujemy w zarezerwowanym hotelu. Sentyment wraca widząc
stare kąty. Trochę się pozmieniało.
Biegusiem do łóżka bo już późno a wszyscy zmęczeni.
Rano śniadanie i jedziemy nad jezioro bodeńskie – cel : wyspa Mainau
(rodzice zmęczeni zostają). To tylko 100 km, ale i tak zajmuje to
jakieś 1:30 h. Na miejscu masakra – w porcie brak miejsca na
parkingach. Cofamy się do city i tam zostawiamy furkę (za 7 € za dzień).
Płyniemy promem na wyspę (dzieci za darmo, dorośli trochę ponad 19 € za bilet w obie strony wraz z wstępem na wyspę).

Wracamy,
oczywiście w tym momencie na chwile strajkuje nawi, więc gubimy drogę.
„Gdzieśtam” zatrzymuję się na chwilę i łapię fixa i jakoś udaje nam się
wydostać na dobrą drogę. Wracamy późnym popołudniem, idziemy na obiad i
na zakupy do kinderlandu (banany na buziach chłopaków świadczą o tym,
że na to czekali ;).
Powrót: DE-PL
Rano wstajemy (ale
nie za wcześnie, mamy dość wczesnego wstawania). Śniadanie, pakowanie i
ostatnie zakupy. Wsiadamy i jedziemy – jest koło 9tej. Do domu 900 km.
Pogoda
sprzyja jeździe – słońce i w miarę ciepło. Nawi prowadzi za rękę.
Spotykam też na swojej drodze kamień – piękna, choć na szczęście mała
gwiazdka na przedniej szybie na pamiątkę.
Parę robót drogowych nas
spowalnia oraz stau na berlińskim ringu. Gdzieś po drodze dolewam parę
litrów (wydaję ostatnie €) i na stacji trafiamy na tzw. supercar.

Przejazd przez polską granicę bezproblemowy. Tradycyjny szok po wjeździe na polskie drogi.
Masakryczne
koleiny. Tir za tirem. Ehhhhhhhhh, a inni potrafią. Oczywiście też
trafiamy na korek, ale choć wydawało się, że postoimy do wieczora to
jednak szybko przejeżdżamy. Dojazd do naszej autostrady i urywamy się
rodzicom (oni jadą o jeden zjazd dalej).
W domu jesteśmy ciut po 20tej – bardzo dobry czas.
Wakacje zakończone.

Gratuluję wytrwałości w czytaniu
P.S.
Zdjęcia pewnie takie sobie, ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Reszta zdjęć na http://www.magazynier.net/galeria/v/MGR/cro_2006/
Pytanie o kasę ? Karta, karta, karta - to najlepsza opcja.
Gotówką płaciliśmy tylko w najbliższym sklepie, za parking w Rabie (5 Kun/h), drobiazgi "na mieście" oraz w knajpie.
Ceny ?
Cash & Carry - Rab:
Jogurt Fantasia (Polski !!) - 4,95 Kun
Woda 5l - 8,85 Kun
Piwo Ozujsko - 4,95 Kun
Piwo Karlovacko - 4,86 Kun
Mleko 2,8% 1l - 4,81 Kun
Płatki Chocapic - 23,78 Kun
Chleb 0,7 kg - 6,60 Kun
Nestea 0,5l - 6,49 Kun
Filety z kurczaka (przyprawione na grilla) - 50,45 Kun/kg
Mamba (4x27g) - 6,88 Kun
Krem do opalania Nivea dla dzieci (faktor 15) - 66,81 Kun
Masło 250g - 8,89 Kun
Wino białe 1l - 15,03 Kun
Jabłka - 11,75 Kun/kg
Banany - 6,20 Kun/kg
Jogobella 150g - 2,72 Kun
Jajka (10 szt.) - 12,20 Kun
Sklep w Supetarskiej Dradze:
Chleb 0,7 kg - 7 Kun
Bułka - 2,50 Kun (!!!)

Adres do gospodarzy:
Zorka Eminefendic
Gorna Supetarska Draga 469
51280 Rab
Tel.: +38 551 776435

Szukaj

GoogleADS

MGR ™ Wszelkie prawa zastrzeżone. Publikowanie możliwe tylko za zgodą autora.